Czeźdź.
Coś się zmieniło? Raczej nie, ale matma i geo zostaje do poprawienia... Tak bardzo nie mam chęci do czegokolwiek, najchętniej siedziałabym sobie w domu albo spędzała czas ze znajomymi poza szkołą. MOJE OCENY SĄ IRYTUJĄCE, niby nie najgorsze, ale nie cieszę się ze średniej powyżej 3... Ostatnio miałam wielki zapał do poprawienia ocen (mogłabym nadciągnąć nawet na 4,12), ale po co... Jestem beznadziejna, bo nie dokańczam tego co zacznę. Żałosne i tyle. Nie jest tak, że się użalam, ale po prostu do niektórych spraw podchodzę poważnie i rozsądnie, a do szkoły? Szkołę mam najwidoczniej gdzieś...
Ciekawa jestem jak tam moje marzenia. Co chcę robić? Mam totalną pustkę. Nikt mi tego nie komplikuje, ale po prostu nie umiem podejmować decyzji samodzielnie. Nie będę taka jak pewna osoba, nie chcę być zależna od mamy. Muszę nauczyć się żyć ze świadomością, że nikt mi nie pomoże, a z problemami i wyborami będę musiała radzić sobie sama. TAK JEST! Właśnie! Ehhh, jak zwykle ten zapał niedługo mi przejdzie. Co ja się oszukuję, muszę mieć jakieś wsparcie (albo oparcie? whatever).
Dzisiaj praktycznie nic nie robiłam do 14, oglądałam Itazura na Kiss, a później poszłam z dziewczynami (Sylwią i Iloną) na spacerek, przepłynęłyśmy się promem, potem siedziałyśmy nad kanałem i takie tam. Po drodze rozmawiałam trochę z Iloną. Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że jednak nie mam najgorzej. Nie mam też jak pomóc osobom, które z pewnych powodów cierpią, jedyne co potrafię zrobić, to powiedzieć "Będzie dobrze, jakoś się ułoży. Nie martw się". Lipa, nieprawdaż? Chciałabym jakoś pomagać, ale co ja mogę zrobić? Jestem tylko człowiekiem. Przejmuję się zmartwieniami przyjaciół, ale ja jako NIKT nie mogę NIC zrobić. Przykro mi z tego powodu. Nie jestem inteligenta, nie potrafię się wypowiadać tak ładnie i mądrze jak Ilona bądź też Sylwia. To mnie wprawia w jeszcze głębszy dół, taka tam bezsilność... Może powinnam się dokształcać, ale co ja tam potrafię. DOBRA, WYSTARCZY.
Staram się być lepszą osobą, pokochajcie mnie.